9.8
Kilka dni temu meteoryt prawie spadł mi na głowę. Na szczęście spalił się w atmosferze i cholera wie, co z niego zostało. Z piątku na sobotę ktoś zatłukł pewnego pana, na śmierć. Dwie, może trzy godziny wcześniej podawałem mu rękę na “do widzenia”. Dziś zaś obudziła mnie burza, a przyrządzając kopytka szukałem zamrażarki pod zlewozmywakiem.
Ostatnio dzieje się dużo złego. Rozkminiałem trochę o końcu świata. Może to zbieg okoliczności z tym kalendarzem Majów… No bo przecież grudzień 2012 będzie za 2,5 roku, a ostatnie wydarzenia – co raz częstsze katastrofy, powodzie etc. dają nam dużo do myślenia. Żyjmy więc pełnią życia, ale rozważnie… Wszak każda może być naszą ostatnią i nie doczekamy końca świata.
Nad innym zaś tematem rozmyślanie odłożyć musiałem na następną okazję. Pożyjemy, zobaczymy…
Niżej parę zdjęć z sesji z Zuzią.



M.
